wtorek, 23 grudnia 2014

Jak skutecznie zniechęcić do malowania i popsuć pracę?


We wpisie przedstawiłam zdjęcia niedokończonej pracy malarskiej. To o tej konkretnej pracy jest cały tekst. Jest to kolejny wpis z serii uczelnia artystyczna, studia, pracownia malarstwa, profesorowie i gorsze prace. Zapraszam do czytania i oglądania.

Jak już kiedyś wspominałam artysta nie zawsze tworzy dzieła sztuki i czasem zdarzy mu się gorsza praca. Powodów może być wiele, ale dziś poruszę problem upierdliwej osoby nakazująco-komentującej.


Drugi rok magisterki. Nagła zmiana budynku z pracowniami. Pracownie jeszcze początkowo nie do końca przystosowane do malowania. No i zmiana asystentki profesora. Asystentka profesora jednocześnie prowadzi pracownię rysunku, ale końcowe oceny z malarstwa i rysunku zwykle wystawia profesor (tylko podpis jest asystentki). Ma większe doświadczenie i odpowiednie tytuły. 

Pierwsze zajęcia, sporo nowych twarzy, jak zwykle. Do grupy doszło parę osób z licencjatu. Wyjaśnię może: na pierwszym roku licencjatu rysunek i malarstwo są z prowadzącymi, którzy wprowadzają nas w obie dziedziny. Od drugiego roku licencjatu trafiamy do pracowni z innymi profesorami. W tych pracowniach jesteśmy już do końca, także na magisterce jeśli ktoś kontynuuje, choć zdarzają się czasem migracje.


Wracając do zajęć, kobieta, którą początkowo wzięłam za studentkę okazała się nową asystentką. Ok. Wszystko było dobrze do trzecich zajęć na jakie poszłam...

Po kilku latach malowania mam już swoje nawyki, swoje techniki, sposoby. Nigdy nie stanowiło to problemu. Powolutku, własnym tempem wprowadzałam nowe rzeczy do moich prac. A tu sobie wyobraźcie taką sytuację: nowa asystentka próbuje mnie i innych instruować. Ok. Nie ma problemu. Nie zna nas, część studentów jest w pracowni od kilku lat, część od paru dni. Ale rozumiem, że może być trochę zestresowana, że chce dobrze wykonać swoją pracę, że robi to dla naszego dobra. Z początku nawet poważnie traktowałam jej rady. Do czasu.


Po kilkudziesięciu minutach zaczęła mi działać na nerwy. Podchodziła do mnie i innych za często, nawet nie zdążyłam wprowadzać zmian. Powodowało to, że robiłam się nerwowa, bo zamiast skupić się na malowaniu to słuchałam o tym co mam zmienić. Co ciekawe, za każdym razem słyszałam inne uwagi - nie wiem skąd ich tyle brała. W pewnym momencie zaczęła się powtarzać, bo zauważyła, że jakiś tam zmian nie mam zamiaru wprowadzić - to zwykle ja decydowałam czy zmiany są potrzebne czy nie, dzięki temu panowałam nad pracą, uczyłam się myśleć, a nie wykonywałam polecenia. Zresztą zwykle słuchałam profesora, gdy sugerował poprawki i zmiany, ale potrafił to robić w sposób "może pani to poprawi, bo czegoś tu brakuje, coś doda" a nie "zamaluj tą białą przestrzeń, bo nie powinno tak być, to się nie broni."


W efekcie usłyszałam, że w zasadzie większość mojej pracy jest zła. Bo białą przestrzeń, którą zwykle zostawiałam, aby rozjaśnić pracę, powinnam całkiem zamalować. Bo szarości powinny mieć kolory - owszem - ale mieszałam je z dwóch tubek celowo, od wielu miesięcy. Że jakieś tam elementy źle wyglądają. W każdym wypadku tłumaczyłam się, nie siedziałam cicho tylko broniłam swoich działań. Na tekst, że tak już robię od wielu prac i że to wszystko celowe (w końcu zawsze wyglądało to dobrze, opinie były dobre itd.) powiedziała mi, że powinniśmy próbować nowych rzeczy. Nuż, myślałam, że wtedy padnę trupem. Na finiszu magisterki tuż przed obroną mam próbować nowych rzeczy, a nie skupiać się nad aneksem dyplomowym. To był hit. Mało prawdopodobne by wzięła mnie za początkującą malarkę, bo poziom moich działań chyba wskazywał, że trochę się w życiu namalowałam (no wpis na liście obecności z dopiskiem studia mgr). Choć w sumie te jej poprawki w widoczny sposób popsuły moją pracę :/


Gdy przemalowałam całą szarość była zachwycona, ja mniej. Męczyłam się. Męczyłam się mieszając tą szarość, nakładając ją na karton. Byłam coraz bardziej zrezygnowana. Uwagi tej pani zaczęłam znosić z trudnością. W pewnym momencie odsunęłam się od sztalugi. Spojrzałam na pracę .... i nie wiedziałam co mam zrobić. Poczułam rozpacz. Nie miałam pomysłu, motywacji, aby skupić się nad pracą, aby ją dalej malować. Prawie rzuciłam paletą. Chwilę tak stałam po czym poszłam wylać wodę i zaczęłam się pakować. Tak być nie może. Muszę stąd wyjść, spojrzeć na tą pracę z perspektywy czasu. Dziś już nic nie namaluję.


W pracowni zaczęłam malować jeszcze tylko jedną pracę. Resztę namalowałam w mieszkaniu. W pracowni pojawiłam się dopiero na zaliczeniu semestru. Nie miałam problemu z ocenami - profesora mam po swojej stronie. Pani asystentka trochę kręciła nosem co nawet mnie zadowoliło ;)


Zwykle jestem bardzo cierpliwa. W tej sytuacji też byłam cierpliwa do pewnego momentu. Jak widać bywa, że profesorowie i asystenci potrafią skutecznie zniechęcić studenta do nauki i działania. Nie zaprzeczę, takie sytuacje zdarzały mi się wcześniej, ale nigdy nie było tak, że rezygnowałam z pojawiania się na zajęciach. Zawsze miałam motywację, aby dalej pracować/malować itd. W tym wypadku jednak nie.


Na zakończenie zdjęcia ostateczne pracy. Tak wygląda w tej chwili. I raczej się nie zmieni. Co najwyżej ją zastąpię inną. Jak widać (możecie sobie powiększyć te zdjęcia) szarości nabrały kolorów - odcienia fioletu i błękitu. Biała przestrzeń  uzyskała domieszkę niebieskiej farby, ale nie miałam już siły nałożyć drugiej, jednolitej warstwy. Gdzieś dodałam fioletu, gdzieś trochę karminu i tyle. Ogólnie praca miała spory potencjał. Jednak są prace malarskie, których przeznaczeniem jest bycie niedokończonymi. Do takich należy właśnie ta.

4 komentarze:

  1. Nie będę komentować zachowania tejże osoby, ale powiem, że obraz taki jaki jest jest super, te fotorealistyczne błyski, super :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo :) Pewnie skończony były fajniejszy, ale mam z nim ciężkie wspomnienia, więc nie ruszę go raczej.

      Usuń
  2. Ja bym nie wytrzymała. Dla czego artysta nie może wyrazić siebie, malować tak jak najbardziej potrafi. Po tylu miesiąca, ćwiczenie ręki oraz wyczucia swojej taktyki w malarstwie, nagle masz wszystko zmienić. Ale czasami sytuacja wymaga, że trzeba zacisnąć zęby ale ileż tak można długo.
    Praca jest ciekawa ale artysta który wykonuje swoją pracę, sam widzi, że nie jest to co oczekiwali od swojej pracy. Nie raz tak miałam " sukienka super, ale dlaczego ten zamek nie jest z tej strony wszyty " itp.
    Ps. Też bym nie pojawiała się na zajęciach, BRAVO :) !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Musiałam przetrwać tam tylko jeden semestr z tą panią, ale jak widać znacznie skróciłam ten czas ;) Dziwi mnie, że się Nas nawet nie pytała na którym roku jesteśmy, kiedy dyplom i w ogóle, aby mieć rozeznanie. Inni profesorowie i asystenci tak robili. Jeśli dyplom był blisko to proponowali nam już malowanie aneksu, wybieranie prac itd. Kazała robić dokładną listę obecności, ale jakoś nie próbowała Nas zapamiętać z wyglądu, imienia czy stopnia studiów, gdy do Nas podchodziła.

      Pewnie na licencjacie bym tak nie zrobiła, ale wiedziałam, że koniec jest bliski, że profesor mnie lubi i pamięta, że nie będzie problemu, jeśli przyniosę mu za zaliczenie głównie domowe prace. Starsze roczniki często mają łatwiej ;)

      No a sama praca miała potencjał, być może ostatecznie powstałoby coś ekstra, no ale nic na siłę. Artysta jednak nie może kierować się zasadami, instrukcjami jak malować, a własną intuicją. Nawet jeśli praca wychodzi gorsza.

      Usuń

Dziękuję za poświęcony mi czas i komentarze.
Pozdrawiam Iselle ;)