wtorek, 14 października 2014

Jak zostałam projektantą ubioru? Historia Iselle #1

Pierwsze przesłanki...

Odkąd pamiętam uwielbiałam rysować. Wszędzie miałam dużo kredek, pisaków i zeszytów. Rysowałam bardzo różne rzeczy, choć potem zaczęły w nich przeważać księżniczki i inne panienki. Uwielbiałam także wszelkie zajęcia plastyczne w szkole. Ale wtedy jeszcze nie myślałam o projektowaniu mody. Chciałam zostać artystką-rysowniczką. Malować farbami nie cierpiałam i powtarzałam sobie, że nie będę malarką. Jak widać po wielu latach zmieniłam zdanie w kwestii malarstwa ;)

Szkołę podstawową traktuję jako okres, gdy dojrzewałam do odkrycia mojego powołania. Zajęcia plastyczne i rysunki to jedno, ale były jeszcze ważniejsze. Przebieranki. W pewnym momencie udało mi się uzbierać sporą kolekcję starych ubrań mamy, różnych szmatek, chustek i sporych fragmentów tkanin. Tworzyłam z nich kolorowe warstwowe stylizacje (jakby to teraz nazwać ;). Dodawałam różne błyskotki. Wiele razy wyglądałam jak jakaś księżniczka z dalekiego, wymyślonego kraju. 

Lalki. Prawie każda dziewczynka je uwielbia. W tamtych czasach nie miałam tylu różnych zabawek jakie mają teraz dzieci. Dysponowałam kilkoma tanimi lalkami i trzema oryginalnymi Barbie, z których byłam najbardziej dumna. Na podłodze pokoju tworzyłam dla nich apartamenty z wielkimi łożami i zasłonkami. I oczywiście je ciągle przebierałam. Zasada była podobna jak z moimi "stylizacjami": miałam uzbieraną dużą kolekcję kawałków tkanin i przy pomocy wstążek, sznureczków tworzyłam dla nich kreacje. Standardowo cięłam rajstopy na sukienki i halki, a nawet stworzyłam dopasowaną kolekcję z ... balonów. Miałam wtedy wyobraźnię ;)

To właśnie te zabawy stopniowo pchały mnie coraz bardziej w świat projektowania ubioru. Powoli moje księżniczki w zeszytach dostawały coraz bardziej ciekawe stroje i makijaże. Ale o przyszłym zawodzie jeszcze nie myślałam. Choć zainteresowanie maszyną do szycia mamy przejawiałam. Obsługi nauczyłam się dosyć szybko, ale zanim zaczęłam sama coś szyć minęło jeszcze dużo czasu ;)


Pierwsze myśli o projektowaniu ubioru

Nie znosiłam okresu gimnazjum. Były to jedne z najgorszych lat szkolnych. Ale kluczowe dla moich kolejnych decyzji.

W tamtym czasie straciłam wielu przyjaciół. Choć widywałam ich na boisku, to jednak rozrzucono nas po różnych klasach. Z nowymi koleżankami nie mogłam się dogadać. One już wcześniej się znały, a ja miałam trudności w nawiązaniu z nimi wspólnych tematów. Choć może okres dojrzewania też na to wpłynął. Na nudnych lekcjach rysowałam sobie na luźnych kartkach wsuniętych do zeszytu. Pewien przełom nastąpił, gdy założyłam osobny zeszyt ... do moich projektów ubrań. To właśnie dzięki niemu zauważono mnie na kole plastycznym (chodziłam czasem na nie). Rysunki się spodobały i dostałam propozycję ... wystawy swoich projektów. Gdyby nie nauczyciele i przypadek (a może szczęście), że zauważyli moje rysunki prawdopodobnie nie poszłabym w kierunku projektowania ubioru; nie lubiłam się wyrywać przed szereg. Być może odkryłabym to "powołanie" po wielu latach.

Jak się do tego zabrałam? Przejrzałam tysiące moich karteczek z rysunkami i pozaznaczałam te szkice, które przerysuję na większy format. O tej wystawie pisałam już w poście Projektowanie mody: modelki nie ma?. Możecie obejrzeć w nim niektóre z tych projektów.

Wystawa okazała się ... indywidualna. Miałam własne duże tablice z moimi projektami. Duży powód do dumy. Myślę, że te właśnie małe sukcesy trzymały mnie wtedy w garści, gdy czułam się osamotniona. Ale to nie był koniec. W trzeciej klasie zorganizowano mi kolejną wystawę. Tym razem projekty oprawiono w antyramy. Stroje były bardziej dopracowane i posiadały ... modelki (w pierwszej wystawie nie szkicowałam postaci tylko same stroje). Tak oto powoli zaczęłam rozwijać swój talent i zamiłowania. A że wkrótce miałam skończyć gimnazjum zaczęłam intensywnie myśleć gdzie iść dalej.


Decyzja, która miała odmienić moje życie

W grę wchodziły zwykłe ogólniaki w moim mieście z profilami, które mnie za bardzo nie interesowały. Mogłam iść do liceum profilowanego w moim mieście, ale lepiej bym wyszła wybierając chyba zawodówkę :/ Oczywiście nie było o tym mody - rodzice chcieli, abym poszła na studia, bo zawsze się dobrze uczyłam. Realniejszym wyjściem było liceum profilowane w Poznaniu, ale w Zespole Szkół Odzieżowych. Gwarantowało to że nauczę się tam więcej niż w moim mieście. W końcu do tej odzieżówki chodziła kiedyś moja ciotka, a moja mama też kiedyś chciała się tam dostać (wymagania szkoły w tamtych czasach jej to uniemożliwiły). Poza tym jakby nie patrzeć to moja mama mi o tej szkole powiedziała, więc przyczyniła się do tej decyzji. Ale wątpię, aby wtedy myślała o tym poważnie ;) Drugą szkołą było liceum plastyczne, także w Poznaniu. 

Zaczęły się objazdy po szkołach. Najpierw odwiedziłam liceum plastyczne i ... się przestraszyłam. Zaniedbany wygląd zewnętrzny i wewnętrzny szkoły, ławki, które mogła pamiętać moja babcia... Szkoła wymagała odnowienia i to konkretnego. Mogłam spróbować się tam dostać, pewnie jakoś bym przeszła egzaminy. Ale wymagałoby to ode mnie codziennych dojazdów pociągiem. Internat był w centrum Poznania. Dojazd zająłby pewnie ponad 30 minut (to szybciej dojechałabym pociągiem z domu :/). W szkole nie było także stołówki. Rozważając to szczegółowo z rodzicami stwierdziliśmy, że odpuścimy sobie plastyka. 

Następnie wybraliśmy się do odzieżówki. Centrum Poznania, bardzo prosta droga do dworca kolejowego, 20 minut pieszo, tramwaje oraz internat (bursa żeńska) 7 minut od szkoły. Świetne rozwiązanie. Stołówka w internacie była, w pobliżu centrum handlowe. Szkoła wyglądała na zadbaną. Odesłali nas z niej do bursy i tam wypytaliśmy o wszystko. Wyglądało to zachęcająco, za ok. 350 zł miesięcznie mogłam zamieszkać w pokoju 3-4 osobowym, trzy posiłki, opieka pedagogów.

Decyzja była najtrudniejsza dla moich rodziców. Najstarsze dziecko zamierza w wieku 15 lat zamieszkać poza domem. Jak sobie poradzi? Cóż, chyba wtedy sama nie wiedziałam na co się piszę. Nie miałam jakiś wielkich obaw. Po prostu stwierdziłam, chcę to tej szkoły, zamieszkam w internacie, bo tam mam zajęcia związane z projektowaniem ubioru (ależ uparta byłam ^^). Znajomych nie miałam wiele, więc nic mnie nie trzymało (nawet się cieszyłam, że ja zakosztuję świata, a oni zostaną w rodzinnym mieście). I tyle z mojej strony. Rodzice się zgodzili, w końcu zawsze byłam rozsądna i prawdopodobieństwo, że się "zepsuję" w dużym mieście było niewielkie. Poznań był tylko godzinę drogi, a rodzice często jeździli tam z różnymi sprawami. I decyzja zapadła.

3 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Warto podejmować decyzję kwestii edukacji, potem można się rozczarować, że skończy się studia dla rodziców a nie dla siebie. Większość ludzi tak robi idzie nie za głosem serca tylko słucha ludzi :( Ale trzeba szybko się obudzić i wziąć życie w swoje ręce :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie było tak, że zmierzałam we właściwą stronę, ale droga, którą przeszłam nie dała mi wszystkiego czego potrzebowałam - co wyszło po latach. Jakaś presja rodziców była, ale w kwestii wyboru szkół to raczej ja wywierałam na nich presję ;)

      Usuń

Dziękuję za poświęcony mi czas i komentarze.
Pozdrawiam Iselle ;)