czwartek, 4 kwietnia 2013

Szkice anatomiczne

Ostatnio wróciłam do przeglądania starych prac i szkiców. Znalazłam dwa rysunki: ludzkiej czaszki i mięśni twarzy. Pomyślałabym, że są genialne. Pamiętam jednak, że zostały ostro skrytykowane przez pewnego pana prowadzącego kurs rysunkowy, na który chodziłam. Czterodniowy intensywny kurs wniósł w moje życie pewne nowości, ale i tak wspominam go ze złością. Mój organizm przy takim trybie pracy i nerwów po tygodniu poddałby się pewnie jakieś chorobie. Wstawałam przed świtem, dojeżdżałam pociągiem, wracałam do domu późnym wieczorem, odrabiałam zadane szkice i prawie w ogóle nie spałam. Na kolejny dzień miałam wykonać kilkanaście szkiców anatomicznych z jakieś niemieckiej książki medycznej. Ciekawe skąd ją miałam ot tak mieć. Teoretycznie na każdy szkic powinnam poświęcić kilka godzin. Wtedy to już bym wcale nie spała. Na jedzenie i odpoczynek podczas kursu czasu też nie miałam, bo bezczynnie siedzieć nie było wolno. Prowadzący pracownię miał ciągle jakieś fochy. Jednego dnia obraził się na kilka osób za niedokładne szkice i nie odzywał się do nich. No przecież powinien nas instruować jak rysować, a nie ignorować. I jeszcze za to płaciłam. Nawet modelki nie miałam wliczonej w cenę tylko musiałam dopłacać. A pogoda była wtedy taka piękna... Mogłam się opalać, a tak mój kręgosłup i nogi miały dosyć ciągłego stania przy sztaludze. No ale sama się w to wpakowałam. Poniżej wspomniane szkice ołówkiem. W sumie i tak uważam je za całkiem niezłe ;)



10 komentarzy:

  1. moim zdaniem są idealne, w szczególności czaszka.. nie widzę zastrzeżeń, z miniaturki myślałam że to jakiś szkic komputerowy:) a ten Pan widocznie był jakiś sfrustrowany swoim życiem i się musiał na kimś wyżywać;/
    czasem nie wiadomo skąd człowiek czerpie siłę.. jest chociaż co wspominać:)

    OdpowiedzUsuń
  2. ej, dla mnie są spoko, wszystkie proporcje zachowane, linie mocniejsze i słabsze, takie "żywe". Patrzy się na nie przyjemnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za miłe słowa ^^ aż się dziwię, że tyle lat temu (przed studiami) potrafiłam narysować coś tak szczegółowego ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo udane, a co ważniejsze oddające prawdę anatomiczną. Sama parę razy robiłam szkice szkieletu i ze smutkiem muszę przyznać, że nie wyszły tak dobrze jak Twoje :(
    Cóż, utalentowanym trzeba się urodzić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj tam oj tam ;) da się tego nauczyć ^^ za wzór do nich miałam jakieś wydruki z internetu i powolutku poszło, choć pewnie teraz miałabym problem, żeby to powtórzyć ^^

      Usuń
  5. Czasami studia potrafią zabić w nas artystę, którym byliśmy przed studiami. Odnośnie szkicy są fantastyczne, ja w swoich zbiorach czaszki nie mam ani rozrysowania tych mięśni, pewnie nie dałabym rady (ach t moje podejście). Na studiach miałam swoje wzloty i upadki, dużo krytyki, porad i innych rzeczy, ale myślę że na coś się jednak przydały tak czy siak, bo obecnie tworzę sutasz, szyję z filcu, a myślę że normalnie gdybym na studia nie poszła nie odkryłabym w sobie takich pokładów kreatywności jakie mam i dalej bym siedziała i dumała "dalej nie wiem jak osiągnąć perfekcję w anatomii czy światłocieniu", nie mówię rzecz jasna że rysowanie to nie moja bajka, a że poszerzam swoje horyzonty o nowe umiejętności :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, rozumiem doskonale.
      Przed studiami było nieźle, ale wiem że po nich jest jeszcze lepiej, bo poznałam mnóstwo nowych rzeczy i sposobów myślenia. I są w tym rzeczy, które są i będą mi przydatne w dużym stopniu w dalszym życiu i planach.
      Dziękuję za "fantastyczne" :) Podejrzewam, że dawniej tworzyłam bardziej intuicyjnie i się przykładałam do jak najwierniejszego odwzorowania rysowanych rzeczy. Teraz to raczej za dużo myślę i idę na łatwiznę ^^

      Usuń
    2. No to zupełnie jak ja, ja to myślę po prostu bardzo bardzo przez duże M. A to w sumie nie zawsze dobrze bo właśnie myślisz "wyjdzie super" patrzysz na efekty myślisz "ie tego oczekiwałam" no i tak praca ląduje gdzieś tam lub nawet w koszu. A przecież możnaby było zostawić ją i oglądnąć powiedzmy za tydzień i wtedy stwierdzić czy faktycznie jest do niczego.

      Ja też kiedyś generalnie tworzyłam prace ot z rozmachu, bo siadłam i zrobiłam, teraz już tak nie za bardzo umiem, muszę stworzyć szkic, zastanowić się czy jest ok i dopiero kolorować.

      Usuń
    3. W akcie rozpaczy i desperacji kilka miesięcy temu chciałam opublikować post o pewnej pani...

      Pół roku temu mój profesor od malarstwa dostał nową, młodą asystentkę. I wszystko by było świetnie, gdyby się tak mocno nie wkręciła w instruowanie studentów. A wiadomo, nie znała nas wcale, nie wiedziała jak kto tworzy, jak długo już maluje... I każdemu udzielała przy każdej kolejnej rozmowie nowych rad. Nie wiem skąd ona brała to wszystko, ale naprawdę się nie powtarzała w pracowni.

      W moim przypadku odniosłam wrażenie, że próbuje mnie nakierować na zupełnie "nowe, właściwe" malarstwo. Niby kazała nam tworzyć po swojemu, ale też eksperymentować i próbować nowych rzeczy (no dla mnie na tym etapie studiów to śmiechu warte, mam swoje wypróbowane metody). Do tego dochodziły porady typu: popraw perspektywę tego pudła, ta niezamalowana przestrzeń się nie broni, zamaluj ją, szarości też mają kolor, więc mieszaj je z jakimś (tu mnie ciągle dobijała, bo robiłam po swojemu czyli szarość z bieli i czerni tylko, gdyż miałam takie zamierzenie od początku i robiłam to celowo).

      Ok, perspektywa u mnie rzeczywiście czasem leży, ale z innych rzeczy się broniłam. Miałam konkretne argumenty, które powinna jako tako, choćby częściowo przyjąć. Niestety zanegowała je wszystkie, "bo tak będzie lepiej". Po trzecich zajęciach z nią po prostu usiadłam na taborecie i stwierdziłam, że to koniec, nie widzę tej pracy, nie mam wizji, nie wiem co z tym zrobić - tyle mi myśli nawtykała do głowy, a ja na początku jeszcze starałam się ją słuchać i robić co każe. Ale im więcej zmian wprowadzałam, tym bardziej byłam zniechęcona i mi się odechciewało malowania.

      W efekcie przez jakieś dwa miesiące nie pojawiałam się na malarstwie i rysunku, a prace namalowałam sobie w domu bez konsultacji. Malowałam po swojemu, bez większego myślenia i stresu, żeby jeszcze utrzeć nosa tej pani wzięłam szpachelkę. I co się okazało? Profesor zachwycony, mimo że mnie dawno nie widział, i oczywiście ocenę ta pani musiała wpisać taką jak jej podyktował (a nie była taka chętna do tego ;)

      Wnioskując: moje prace były gorsze, gdy mnie "konsultowała", a lepsze gdy malowałam sama i z radością (bardziej mi się podobały).

      Usuń

Dziękuję za poświęcony mi czas i komentarze.
Pozdrawiam Iselle ;)