czwartek, 3 stycznia 2013

Absurdy komunikacji miejskiej w Poznaniu

W Polsce można się spotkać z dziwnymi i nieprawdopodobnymi rzeczami bardzo często. Nie tak dawno pamiętam jak jechałam świeżo otwartym kawałkiem obwodnicy, która nagle kończyła się. Robiło się skręt w lewo, wjeżdżało na pas w powrotnym kierunku i wracało w tą samą stronę. No ale dzisiaj ponarzekam na komunikację miejską. 

Przyszedł kolejny rok i oczywiście podwyżki biletów na autobusy i tramwaje. To nic, że mieszkańcy zebrali kilkanaście tysięcy podpisów za zamrożeniem podwyżki. To nic, że poprzednia podwyżka była całkiem niedawno. Mimo, że miasto jest rozkopane w kilku strategicznych miejscach i tworzą się korki nie przedłużono czasu ważności biletów 15 minutowych do 25 jak w zeszłym roku. To nic, że pojazdy jeżdżą rzadziej i się spóźniają, a często nawet wcale nie jadą. Przecież jeszcze niedawno miałam problemy, żeby dotrzeć z uczelni do mieszkania, bo dwa dni pod rząd coś się psuło na tym samym odcinku. Oczywiście byłam skazana na spacer, bo w okolicy nie ma żadnych autobusów zmierzających w moim kierunku. 

No więc Radni i Prezydent Miasta uparli się na podwyżkę, choć były propozycje przełożenia jej na lipiec. Żeby było śmieszniej, miasto bardzo niechętnie inwestowało w oświetlenie świąteczne na ulicach i prawie odwołano by Festiwal Rzeźb Lodowych, gdyby nie znalazł się sponsor...

A co dzisiaj? A no jak kupić bilet? Niby rzecz bardzo prosta, ale w tym mieście ostatnio graniczy z cudem. Jako, że są nowe bilety, moje zeszłoroczne jednorazówki nie są już ważne i nie mogę na nich dojechać do biletomatu, aby doładować bilet miesięczny. Najbliższa maszyna sprzedająca bilety znajduje się dwa przystanki od mojego mieszkania. Jakbym pojechała tramwajem w przeciwną stronę to już w ogóle nie trafię na biletomat, mimo, że to nowa trasa podziemnego tramwaju. Bo po co stawiać biletomaty? W okolicy nie ma sklepów ani kiosków gdzie mogłabym dostać bilety jednorazowe (choć dzisiaj wyczytałam, ze są jakieś dwa, ale to niesprawdzone jeszcze przeze mnie). No dobra. A co z biletem miesięcznym? Mogę go doładować wyłącznie w specjalnych punktach oddalonych od siebie albo w biletomatach. Nie mam możliwości zrobienia tego przez internet (patologia w obecnych czasach). Jest jeszcze opcja kupowania czasowych biletów przez komórkę, ale trzeba się gdzieś najpierw rejestrować, robić przelew i nie zawsze niby otrzymuje się ten bilet. No i nie każdy ma komórkę z internetem.

Tak więc chcę być dobrą obywatelką i idę spory kawałek kupić do biletomatu bilet. No ale niespodzianka. Maszyna nieczynna. Można iść do kolejnej oddalonej o jakieś dwa przystanki. A tam co? Maszyna nie przyjmuje banknotów, albo żąda odliczonej kwoty. No dobra. Ale można doładować kartę imienną. Heh. Maszyna jej nie łapie (nie odczytuje, nie reaguje). Jeśli jest odpowiedni dzień i godzina to można iść do okienka kupić bilet, ale tam oczywiście kolejka. Inni ludzie też chcą doładować bilety, kupić jednorazówki... Bo co im innego zostało? Chyba tylko jechać na gapę. A po Nowym Roku i po podwyżkach wszędzie pełno kontrolerów. Ah! Zapomniałabym. Jest jeszcze jedna nadzieja. Biletomaty w autobusach i tramwajach. Od tego roku w końcu sprzedają nieskasowane bilety. Są jednak haczyki. Trzeba wrzucić odliczoną kwotę do nich i nie ma ich we wszystkich pojazdach. Tak więc to kwestia szczęścia czy uda się kupić bilet i czy nie natkniemy się na kontrolera biletów.

Z opowieści wiem, że najbliższy biletomat dzisiaj przyjmował tylko odliczoną kasę i nie doładowywał biletów imiennych. Kolejny był zawieszony, a w punkcie z biletami była diabelska kolejka. Pojechałam nawet wieczorem z Kocurkiem w inny rejon miasta, żeby w pewniejszej maszynie doładować bilety. I co? Stracony czas i nerwy. Żadnej karty nie chciało wykryć, więc musiałam sobie na jutro kupić bilet jednorazowy. W ten oto sposób została mi idealnie wyliczona kwota na doładowanie biletu miesięcznego i niestety nie wypiję jutro na uczelni kawy z automatu...


Edit 04.01.2013: Dzisiaj dopiero drugim biletomatem doładowałam sieciówkę. Żeby było mało od jutra zmieniają trasę mojego jedynego tramwaju bezpośrednio na uczelnię. W tym wypadku bez przesiadek nie dojadę ani na uczelnię ani na dworzec kolejowy czy nawet autobusowy. Nie tylko ja. Duża część mieszkańców po mojej stronie miasta ma ten sam problem...

1 komentarz:

  1. Poznań to najgorsze miasto pod każdym względem.Ale tylko przyjezdni to widzą -syf!!! na rynku obwodnica z zamykanymi przejazdami kolejowymi,żadnych parkingów miejskich,wszędzie kolejki - nawet niby koziołki (sztuka dla sztuki)-w centrum miasta drogi polne -fasady budynków i owszem ładne ale -ale wejdź dalej to totalny syf i bród zwłaszcza na rynku .Myślałem że poznaniacy to gospodarni ludzie -ale wydaja mi się że to tacy co to wszystko zamiatają pod dywan byle ładnie wyglądało na wierzchu. A Panom włodarzom radze mniej policji municypalnej a więcej sprzątających rynek bo w zasadzie i to potrafiliście zepsuć wybitnym gmachem muzeum, który pasuje urbanistycznie i epokowo jak słoń do akwarium .Ludzie omijajcie to miasto z daleka !!!!!!!
    wako

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za poświęcony mi czas i komentarze.
Pozdrawiam Iselle ;)