piątek, 23 listopada 2012

Mój dzień w pracowni malarskiej

Czyli krok po kroku jak to tak naprawdę wygląda ^^

1. Wstaję, szykuję się do wyjścia, ostatnie pakowanie. Wychodzę na tramwaj. Mam ze sobą torebkę, dużą czarną teczkę oraz  torbę z tkaniny zapakowaną przyborami plastycznymi. Co dokładnie mam ze sobą : farby akrylowe - tubki biała, czarna, czerwona, niebieska, żółta i inne kolory przydatne przy mieszaniu z podstawowymi kolorami, jakieś kilkanaście sztuk; kilka różnych pędzli; paleta do mieszania farb - tekturka; ok. 6 klipsów do przypięcia papieru; ok. 2 duże brystole; 2 zagruntowane podkłady introligatorskie; 2-3 prace z poprzednich zajęć jeśli muszę je skonsultować z profesorem; szmatka do wycierania pędzli.

2. Po ok. dwudziestu minutach tramwajem, przechodzę pieszo jeszcze kilkaset metrów pieszo. Wchodzę do budynku i po strasznie stromych i wysokich schodach dostaję się do holu. Już nie raz byłam bliska zlecenia z nich. Zostawiam płaszcz w szatni i zmierzam białym korytarzem w kierunku jednej z dwóch moich pracowni - zaraz wybiorę tę, w której dziś zostanę.

3. Zaglądam do pierwszej z nich. Czuję jak z pomieszczenia wydobywa się ciepłe powietrze. To na pewno farelka grzeje. Wchodzę i zerkam. Troszkę tłoczno. Kilka osób maluje modelkę... Hmm, malowałam modelkę w zeszłym tygodniu. Wolę dziś martwą naturę. Idę do drugiej pracowni. A tam może ze 2-3 osoby. No i chłodniej. Wchodzę i w pierwszej wolnej przestrzeni na podłodze kładę moje rzeczy. Rozglądam się. Widzę dwie martwe natury (przeważnie w każdej pracowni są dwie). Pierwszą już malowałam kilka razy. Obchodzę ją z każdej strony i próbuję znaleźć fragment, którego dotychczas nie malowałam. Niestety nie. Podchodzę do drugiej martwej. Straszna. Kupa śmieci wywalona pod oknem. Ale jaki mam wybór. Mogę jeszcze wrócić do poprzedniej pracowni i malować jedną z tamtych kompozycji, ale jest tam trochę tłoczno. Podjęłam decyzję. Zostaję.


4. Wybieram sztalugę w pobliżu miejsca, z którego chcę malować. Lekko ją przesuwam. Sprawdzam, czy działa regulacja wysokości. Działa. Szukam czystego krzesła do posiedzenia - robię się za wygodna. Szukam drugiego krzesła lub taboretu - ten posłuży mi za podstawek pod kubek z wodą.Przenoszę wszystkie swoje rzeczy w pobliże nowego stanowiska pracy. Z teczki wyjmuję podkład, po wyszukaniu w dużej torbie klamerek przypinam go do płyty stojącej na sztaludze. Idę do zlewu w rogu pomieszczenia w poszukiwaniu kubka lub słoika (ostatnio ciężko o konkretny słoik). Nalewam do niego wodę. Siadam na krześle przy sztaludze. Wyjmuję z torby kilka tubek farb, pędzle, szmatkę i tekturkę.

5. Gdy wszystko jest na swoim miejscu zaczynam intensywnie przyglądać się martwej naturze. To najtrudniejszy moment - wybór odpowiedniego kadru. Gdy zacznę malować nie będę mogła go już zmienić. Mam. Biorę tekturkę i wyciskam na nią po odrobinie czarnej i białej farby. Biorę jeden z najcieńszych pędzelków. Mieszam farbę tak, aby była jak najjaśniejsza jak tylko możliwe, ale żeby była widoczna na podkładzie. Mocno rozcieńczam ją wodą, podnoszę pędzelek i .... maluję pierwszą linię. Po chwili już bardziej pewnie delikatnie nanoszę kolejne linie i kształty mające być tylko ogólnym szkicem. Dzięki nim potem mogę się zorientować czy cała kompozycja jest ok. 

6. Wyciskam na tekturkę jakieś dodatkowe potrzebne farby, które za moment mogą mi się przydać. Przystępuję do nanoszenia pierwszej warstwy farby - podmalówki. Stopniowo nakładam coraz więcej warstw na podkład. Zaczynam szybko i konkretnie malować większe przestrzenie. Staram się nie myśleć za dużo - intuicja powinna zrobić swoje. Obraz może być trochę przekłamany, w końcu to moja własna wizja. Nie chcę dosłownie kopiować kadru jak zdjęcia. Zajęłoby to ogromną ilość czasu, a efekty i tak nie były bardzo zadowalające. Za bardzo bym się z tym męczyła, a malowanie ma być przyjemnością. To nie w moim stylu.


7. Często podczas malowania robię sobie przerwy. Na ogół idę do automatu po tą kiepską kawę (ciągle ją piję chociaż jest niedobra). Przechodzę się dwa-trzy razy korytarzem, zagaduję trochę panią z szatni. Bardzo miła. Zaglądam do innych pracowni w poszukiwaniu jakiś znajomych twarzy. Na ogół jednak nikogo nie znajduję. Ludzie się wykruszyli. Wracam do mojej sali.

8.  W trakcie zajęć kilkukrotnie wchodzą profesorowie prowadzący moją pracownię. Lubię ich. Naprawdę. Zawsze potrafią powiedzieć coś miłego o pracy i zauważają nasze osobiste style w malarstwie. Zachęcają nas do ich rozwijania. Mnie tam już troszkę znają. W końcu jestem u nich w pracowni od trzech lat. Mam dzięki temu trochę taryfy ulgowej w kwestii regularnego pojawiania się na zajęciach :)
Po kilku godzinach, mniej więcej pięciu moja praca jest w zasadzie skończona. Potem czasem jeszcze naniosę na niej poprawki po konsultacjach z profesorem.

9. Skoro skończyłam to czas się zbierać do mieszkania. Zrobiłam się głodna. Sprzątam moje stanowisko pracy, pakuję przybory, czekam jak moja praca wyschnie. Nie trwa to długo. Zbieram wszystkie swoje torby i idę do szatni po płaszcz. Jak zwykle skończyłam dzisiaj sporo przed końcem zajęć. Schodzę ostrożnie po schodach zahaczając o nie co chwilę teczką. Naprawdę to cud, że jeszcze nie zleciałam. Zakładam słuchawki na uszy i zmierzam w stronę przystanku. Kolejne takie zajęcia za tydzień...


Na zakończenie jeden obrazek z zupełnie innej beczki. Namalowany na dość małym płótnie (nie pamiętam wymiarów, ok. A5). Tak w ramach rekompensaty. Nie mogłam znaleźć zdjęć, które ładnie opisywałyby ten post.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za poświęcony mi czas i komentarze.
Pozdrawiam Iselle ;)